środa, 24 sierpnia 2016

Z wizytą u królowej Bieszczad

Plan na dzisiejszy dzień był bardzo ambitny. Wstaliśmy wcześnie rano, aby jak najszybciej zjeść śniadanie, spakować potrzebne rzeczy i ruszyć w drogę. Do początku naszej trasy dojechaliśmy autobusem.


Wysiedliśmy na ostatnim przystanku: w Wołosate i tutaj zaczęła się nasza wędrówka na Tarnicę (1346 m n.p.m.), najwyższy szczyt Bieszczad. Nazwa ta po rumuńsku oznacza "siodło". Z Wołosatego tak właśnie wygląda grzbiet Tarnicy i Szerokiego Wierchu zwanego też Tarniczką (1315m). Góry te przedzielone są siodełkiem o regularnym, półokrągłym kształcie. Jeżeli przyjrzycie się, to na zdjęciu poniżej dojrzycie te dwa szczyty za plecami Kornela. To właśnie tam się wybieramy.


Droga początkowo łagodna z czasem zrobiła się stroma. We wspinaczce pomagały nam kamienne schody oraz kijki.


Tu również wszędzie można było znaleźć schowki dla krasnoludków.


Po wyjściu z lasu zobaczyliśmy, że Tarnica jest już prawie na wyciągnięcie ręki.


I, jak to określił Kornel, mogliśmy podziwiać "widoki za milion dolarów"! :)


Od tej pory szło się zdecydowanie łatwiej i po chwili byliśmy już na samym szczycie Tarnicy.


Szczęśliwi i zadowoleni postanowiliśmy chwilę odpocząć przed powrotną drogą i nacieszyć się widokiem.



Z góry pięknie było widać naszą dalszą trasę czerwonym szlakiem przez Szeroki Wierch aż do Ustrzyk Górnych. Kornel pokazuje którędy będziemy wracać:


Wypoczęci i posileni ruszyliśmy w drogę powrotną.


Momentami ścieżka była wąska a zbocze strome.

Ale my się przecież nie boimy, szliśmy więc pewnie przed siebie i co jakiś czas zatrzymywaliśmy się,  aby pokontemplować te piękne krajobrazy.


Od czasu do czasu znajdowaliśmy też okazję do odpoczynku.


Kornel próbował złapać wiatr.


Następny przystanek zrobiliśmy w renomowanej restauracji, która serwuje wykwintne dania z widokiem za milion dolarów. Był to przecież już najwyższy czas na kolejną przekąskę.


Po posiłku kilka przysiadów i można ruszać dalej.


Po drodze spotkaliśmy różnych mieszkańców Bieszczadzkiego Parku Narodowego (Tarnica i Połoniny są przecież częścią tego parku).


Momentami przechodiliśmy przez korytarze tak wietrzne, że musieliśmy zakładać kurtki.


I tak spacerowym tempem dotarliśmy do kolejnego znaku, który poinformował nas, że już prawie jesteśmy w Ustrzykach Górnych.


Bez problemu pokonaliśmy resztę trasy i trafiliśmy na przystanek w Ustrzykach idealnie, chwilę przed przyjazdem autobusu do Cisnej :)
Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni powróciliśmy do naszego miejsca noclegu.
Przeszliśmy dziś ponad 13 kilometrów i zarobiliśmy 22 pkt. GOT :)

Czas na kolację, wymoczenie i wymasowanie stóp i porządny odpoczynek, ponieważ jutro mamy zamiar znów ruszyć na szlak.


2 komentarze:

  1. Nie wiem czy wczorajszy (dzisiejszy) komentarz do Was dotarł. Tak jak przewidywałam, pogoda i humory dopisały, a nawet komunikacja się dopasowała do trasy. Ciszę się bardzo, że Kornel tak wysoko ceni nasze rodzime krajobrazy w walucie i wieczorne "moczenie nóg". Fajnie z Wami być. Babcia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że turystów na szlaku też nie brakowało. Super, że nareszcie się rozpogodziło i te widoki....aaah....tylko pozazdrościć

    OdpowiedzUsuń