Plan na dzisiejszy dzień był bardzo ambitny. Wstaliśmy wcześnie rano, aby jak najszybciej zjeść śniadanie, spakować potrzebne rzeczy i ruszyć w drogę. Do początku naszej trasy dojechaliśmy autobusem.
Wysiedliśmy na ostatnim przystanku: w Wołosate i tutaj zaczęła się nasza wędrówka na Tarnicę (1346 m n.p.m.), najwyższy szczyt Bieszczad. Nazwa ta po rumuńsku oznacza "siodło". Z Wołosatego tak właśnie wygląda grzbiet Tarnicy i Szerokiego Wierchu zwanego też Tarniczką (1315m). Góry te przedzielone są siodełkiem o regularnym, półokrągłym kształcie. Jeżeli przyjrzycie się, to na zdjęciu poniżej dojrzycie te dwa szczyty za plecami Kornela. To właśnie tam się wybieramy.
Droga początkowo łagodna z czasem zrobiła się stroma. We wspinaczce pomagały nam kamienne schody oraz kijki.
Tu również wszędzie można było znaleźć schowki dla krasnoludków.
Po wyjściu z lasu zobaczyliśmy, że Tarnica jest już prawie na wyciągnięcie ręki.
I, jak to określił Kornel, mogliśmy podziwiać "widoki za milion dolarów"! :)
Od tej pory szło się zdecydowanie łatwiej i po chwili byliśmy już na samym szczycie Tarnicy.
Szczęśliwi i zadowoleni postanowiliśmy chwilę odpocząć przed powrotną drogą i nacieszyć się widokiem.
Wypoczęci i posileni ruszyliśmy w drogę powrotną.
Momentami ścieżka była wąska a zbocze strome.
Ale my się przecież nie boimy, szliśmy więc pewnie przed siebie i co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, aby pokontemplować te piękne krajobrazy.
Od czasu do czasu znajdowaliśmy też okazję do odpoczynku.
Kornel próbował złapać wiatr.
Następny przystanek zrobiliśmy w renomowanej restauracji, która serwuje wykwintne dania z widokiem za milion dolarów. Był to przecież już najwyższy czas na kolejną przekąskę.
Po posiłku kilka przysiadów i można ruszać dalej.
Po drodze spotkaliśmy różnych mieszkańców Bieszczadzkiego Parku Narodowego (Tarnica i Połoniny są przecież częścią tego parku).
Momentami przechodiliśmy przez korytarze tak wietrzne, że musieliśmy zakładać kurtki.
I tak spacerowym tempem dotarliśmy do kolejnego znaku, który poinformował nas, że już prawie jesteśmy w Ustrzykach Górnych.
Bez problemu pokonaliśmy resztę trasy i trafiliśmy na przystanek w Ustrzykach idealnie, chwilę przed przyjazdem autobusu do Cisnej :)
Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni powróciliśmy do naszego miejsca noclegu.
Przeszliśmy dziś ponad 13 kilometrów i zarobiliśmy 22 pkt. GOT :)
Czas na kolację, wymoczenie i wymasowanie stóp i porządny odpoczynek, ponieważ jutro mamy zamiar znów ruszyć na szlak.




Nie wiem czy wczorajszy (dzisiejszy) komentarz do Was dotarł. Tak jak przewidywałam, pogoda i humory dopisały, a nawet komunikacja się dopasowała do trasy. Ciszę się bardzo, że Kornel tak wysoko ceni nasze rodzime krajobrazy w walucie i wieczorne "moczenie nóg". Fajnie z Wami być. Babcia.
OdpowiedzUsuńWidzę, że turystów na szlaku też nie brakowało. Super, że nareszcie się rozpogodziło i te widoki....aaah....tylko pozazdrościć
OdpowiedzUsuń